Lucyna Ostrowska Koniecznie przeczytaj wspomnienia córki Lucyny Ostrowskiej>>

Lucyna Ostrowska z domu Kosior urodziła się 15.06.1899r. w Lubartowie. Żyła lat 71- zmarła 02.04.1970r.
Po ukończeniu 8 klas gimnazjum i kursów dla nauczycieli Szkół Ludowych, 25 sierpnia 1917r. została skierowana do pracy nauczycielskiej.
Okazało się, że jest szczególnie zdolna i wybitnie ambitna. Poprzez liczne kursy pedagogiczne i zawodowe doskonaliła swoje wykształcenie.

Lucyna Ostrowska rozpoczęła swoja prace zawodowa jako nauczycielka młodszych klas szkoły podstawowej.
Wkrótce dała się poznać jako osoba nieprzeciętnie zaangażowana w sprawy zawodowe, propagująca nowoczesne idee pracy pedagogicznej.

Była wyróżniona przez inspektorat Oświaty w Ostrowi Maz. jako wybitna specjalistka w zakresie nauczania początkowego.

Dzięki wyróżnieniom w roku 1924 uzyskała przeniesienie do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie pracowała w Szkole Powszechnej.
Jako pierwsza na tym terenie wykorzystywała  w swojej pracy pedagogicznej liczne pomoce dydaktyczne, zwracając szczególna uwagę na twórcze aspekty rozwoju zawarte w psychice dziecka i konieczność indywidualizacji procesu dydaktycznego. Swoje poglądy na temat specyfiki pracy z młodszym dzieckiem, propagowała w czasie licznych lekcji pokazowych dla nauczycieli powiatu.
W Ostrowi Mazowieckiej poznała swego przyszłego męża- porucznika Tadeusza Ostrowskiego, którego w 1939r. aresztowali Sowieci i osadzili w obozie w Starobielsku, później zamordowali w Charkowie.
Lucyna Ostrowska w latach 1933-1939 była nauczycielką w Szkole Podstawowej w Zarębach Kościelnych.

Foto- 1934r. Nauczyciele pracujący w Szkole Podstawowej w Zarębach Kościelnych.
Lucyna Ostrowska- pierwsza z lewej. W mundurze, na tle okna- jej mąż por. Tadeusz Ostrowski.


Od 1939 do 1941 r. (okupacja Sowiecka) zatrudniona jako nauczycielka w Szkole Radzieckiej.
Od 1941r.
w okresie okupacji niemieckiej prowadziła tajne nauczanie, wielu mieszkańców Zarąb zawdzięcza jej swoje wykształcenie.

Po wyzwoleniu, mimo trudnych warunków, bez wynagrodzenia, kontynuowała swoja pracę nauczycielską w Szkole Podstawowej w Zarębach Kościelnych.

Była także inicjatorka wielu prac społecznych na rzecz szkoły i środowiska.
Po wojnie jako wdowa i jedyna opiekunka nieletniej córki Iwony- Antoniny, ze względów rodzinnych zmieniła pracę i miejsce zamieszkania.

Mieszkając w innym regionie nie zapomniała o młodzieży z Zarąb Kościelnych. Wielokrotnie przyjeżdżała tu na wakacje, zawsze serdeczna i oddana ludziom, utrzymywała żywe kontakty ze swymi wychowankami i ich rodzinami. W miarę możliwości udzielała  rad i konkretnej pomocy w dalszym kształceniu młodzieży z tego terenu.
Była tak związana ze środowiskiem, że wybrała cmentarz w Zarębach Kościelnych na miejsce wiecznego spoczynku.

Cmentarz w Zarębach Kościelnych- grób Lucyny i Tadeusza Ostrowskich (Foto- 10.04.2007r.)

W 1987r. w wakacje, córka Lucyny Ostrowskiej, pani Iwona Stryguer odwiedziła Zaręby Kościelne, przekazując zdjęcia i dokumenty do kroniki szkolnej.

Panią Iwonę mięliśmy przyjemność spotkać na uroczystości 15 sierpnia 2008r.
Oto fotografia pani Iwony Stryguer przy grobie rodziców.


[góra]

Lucyna Ostrowska z domu Kosior

„Och Aniu, Aniu, wyjdź przed sień

Wojsko wróci lada dzień

Znów dziewczyny i żołnierze

Będą razem na spacerze", (ulubiona piosenka mamy).

    Matka moja, Lucyna Ostrowska z domu Kosior, urodziła się 15 czerwca 1899 r. w Lubartowie, była córką Jana i Anastazji. Rodzina patriotyczna o tradycjach narodowościowych, wszyscy byli w legionach i walczyli o wolność.

    Moja piękna, kochana matka uważała za swój patriotyczny obowiązek służyć ojczyźnie. Bracia walczyli w Legionach, I Wojna Światowa była na ukończeniu. Postanowiła swoją młodość i energię poświęcić wychowaniu dzieci i nauczaniu analfabetów. Miała ukończone 8 klas gimnazjum. Ukończyła kurs dla nauczycieli Szkół Ludowych. 25 sierpnia 1917 r. decyzją Komendanta Powiatowego w Lubartowie oraz rozporządzeniem wojskowego Generalnego Gubernatorstwa została skierowana do pracy nauczycielskiej w gminie Torło pow. Lubartów. Okazało się, że jest szczególnie zdolna i wybitnie ambitna. Poprzez liczne kursy pedagogiczne i zawodowe, doskonaliła swoje wykształcenie. Szybko została przeniesiona do innych placówek wychowawczych, gdzie występowała także w teatrze w roli cyganki Agi i prowadziła liczne zespoły artystyczne w świetlicach i Domu Kultury. Uzyskała, dzięki wyróżnieniom, przeniesienie do Ostrowi Mazowieckiej, gdzie pracowała w Szkole Powszechnej.

    W tym mieście mieszkał mój ojciec por. Tadeusz Ostrowski. Ukończył podchorążówkę w Ostrowi - Komorowo i został oficerem 71 pułku piechoty w Zambrowie. Rodzina ojca była liczna, trzej bracia oficerowie, a jeden służył w Policji. Serdecznie do rodziny przyjęli moja matkę i bardzo kochali. Ślub odbył się 26 lutego 1927 r. w Chełmie Lubelskim. Udzielił go brat mamy ks. Kanonik Wacław Kosior, proboszcz parafii Św. Apostołów.

    Młodą parę łączyła wielka miłość. Uczucie to zawsze towarzyszyło moim rodzicom, a matce, aż do śmierci. Młoda para bardzo szczęśliwa zamieszkała w Zambrowie. Serdeczne gratulacje z okazji ślubu wraz z życzeniami przesłał od Korpusu Oficerskiego dowódca Pułku płk Bożęcki. „Szczęść Boże młodej parze". Radość ich nie miała granic, kiedy 30 maja 1928 r. urodziłam się ja Iwona Ostrowska. Mój zakochany ojciec czytał powieść mamie „Iwonka i gwiazdy" i z tej to okazji wybrano mi imię w tym czasie niezwykłe. Najpierw ksiądz nie bardzo miał ochotę mnie tak ochrzcić, a kiedy podrosłam, w szkole przezywano mnie „Iwan Groźny", co było przyczyna bójek z chłopakami.

    Wielką miłością otaczali mnie moi rodzice, a szczególnym uwielbieniem otaczał mnie mój ojciec. Byłam rozpieszczana, a jednocześnie miałam kształtowaną sylwetkę łobuziaka, sportowca, piechura, a więc narty, łyżwy, biegi, strzelnica, pływanie, kajak. Mama wolała delikatna panienkę, ale to się nie udało.

    W wyniku reorganizacji 71 pułku piechoty w Zambrowie, wielu oficerów uzupełniało inne wykształcenie. Ojciec zdobył zawód technika budowlanego. Nadal kochał wojsko i był z nim związany, po krótkiej przerwie służby został zastępcą Komendanta Przysposobienia Wojskowego w Działdowie i Łomży.

    Matka kochała swój zawód nauczycielki, była wybitnie zdolna. Z całym poświęceniem dla dzieci. Wychodząc za mąż przeszła w stan pozasłużbowy, a następnie wróciła do pracy nauczycielskiej. Była wybitnym pedagogiem i wielką społecznicą. Czuła się wszędzie bardzo potrzebna. Nie umiała pozostać bez ludzi i działania. Liczne świadectwa, nagrody i dyplomy świadczą o wyróżnieniach i zdobywaniu wiedzy i osiągnięciach. Kiedy rosłam pamiętam ją zawsze zaangażowaną, a to w budowę szkoły, a to w doskonalenie metodyczne młodszych kolegów, a to w pomoc biednemu zaniedbanemu dziecku.

    Ojciec zawsze pomagał mamie, popierał jej twórcze myśli. Moje lalki, były tłem scen z bajek do lekcji metodycznych i pokazowych. Sceny z książek montował mój ojciec, a dzieci zachwycały się. Między innymi jej pasją były stare, wojskowe cmentarze, obojętnie jakich żołnierzy dotyczyły. Pamiętam różne zabiegi w tym zakresie, czyszczenie grobów, odczytywanie nazwisk i dat. Mnie pozostała pasja poszukiwań źródeł historycznych, co się potem odbiło w wyborze zawodu.

1934r.- por T. Ostrowski z żoną Lucyną i córką Iwoną.

    Lato 1939 było piękne. Ojciec zbudował kajak, nazwał go „Iwonka". Pływaliśmy z mamą po rzece Działdówce, pływaliśmy po Lidzbarskich jeziorach - sielanka. I przyszedł pamiętny sierpień 1939 r. ostatni przydział służbowy ojca to „Komendant Obrony Przeciwlotniczej w Ostrołęce.

    Jeszcze 30 sierpnia udało się mamie go odwiedzić. Obiecali sobie, że obojętnie co będzie, będziemy się trzymali Ostrowi Mazowieckiej, gdzie mieszkała babcia, matka ojca.

Wojna, straszne słowo, którego nikt nie rozumiał. Już byliśmy bardzo blisko, tylko 18 km, rozdzieliła nas od babci granica, pozostaliśmy w strefie radzieckiej w Zarębach Kościelnych. Życie nasze bardzo się zmieniło, mieszkanie spalone, część rzeczy rozkradzionych, nawet mój ukochany miś, stracił rękę i został inwalidą.

    Moja dzielna, kochana mama próbowała się nie poddawać. Rozpytywała wszystkich wracających żołnierzy o ojca, ale nikt nie wiedział. Podjęła pracę nauczycielki w Niepełnej Średniej Szkole - ludzie okazywali jej pomoc i wiele życzliwości. Szybko jednak władze sowieckie dowiedziały się, że to żona oficera por. Tadeusza Ostrowskiego.

    Zaczął się koszmar, pojawiła się przemoc i strach. Każdego dnia wieczorem walono kolbami karabinów w drzwi ze słowami „atkroj", pytano: „gdzie wasz muż?". Najczęściej zabierano matkę na przesłuchania do pobliskiego klasztoru, który zamieniono na więzienie.

    Miałam 11 lat. Bardzo się bałam, że matka nie wróci, ale w szkole, ona tylko jedna na 18 nauczycieli, znała dobrze język rosyjski. Trzęsłam się z zimna i strachu. Przykryta byłam ojca futrem, które było najcieplejsze z ocalonych rzeczy, włożone w kopertę. Ciągle myślałam, że zobaczą futro, że mama już nie wróci. Była słabego zdrowia, ale wielka duchem. Na szczęście w październiku 1939 r. przyszedł od ojca list. Wierzyła w to cały czas i tę wiarę przekazywała mnie. Od tej pory matka dawała odpowiedz, że mąż jest w Rosji, u was w niewoli. Nadszedł następny etap niepewności. Natychmiast zabrano matce dokumenty, nie wydano paszportu, co znaczyło wywózkę na Sybir. Matka była słabego zdrowia, bardzo szczupła i mało życiowo zaradna. Zdawała sobie sprawę, że może nie przeżyć Syberii i mnie osierocić. Szukała różnych możliwości, żeby chociaż opóźnić zesłanie.

    Od ojca przychodziły listy, było ich cztery. Ojciec w listach prosił mamę, aby dowiedziała się o losach rodzin kolegów, jeńców Starobielska. Nie używał nazwisk, ale prosił, aby dowiedziała się o rodzinę nauczyciela z Kalinowa, przesyłał pozdrowienia od Cześka ze Świerży.

    Spełniała polecenia męża, informowała o tym czekających jeńców. Wiadomości od ojca przepełnione były miłością i troską o nasz los. Pytał: „Czy lwa, jeździ na łyżwach - oby tylko nie przeziębiła się" - O Boże, on w łachmanach o głodzie, atak myśli o swojej córce! Wspaniała moja matka szykowała nas na ewentualną tułaczkę, nie mając pojęcia o istniejących tam warunkach i ludzkiej podłości. Tłumaczyła sobie i mnie, że przyjaźń radziecko - niemiecka nie będzie długa i musi wybuchnąć wojna. Była osoba niepraktyczną, dla mnie przygotowała żorżetową sukienkę, w której zaszyła pierścionki i bransoletki, abym w razie rozłąki miała za co żyć.        

    Zupełnie przypadkowo pomagała jej koleżanka, nauczycielka Żydówka Betka, która od znajomego Czerwono - Armisty dowiedziała się, że matka moja może i powinna przenieść się do pracy w innej „obłasti" (powiecie), co spowoduje przesunięcie w czasie wywózkę na Sybir. Okazało się to zbawieniem. Bałagan w administracji uratował nam życie (załączam dokument).

    Mama! Dziękuje Ci, że uratowałaś mnie przed Syberią.

Matka kosztem własnych wyrzeczeń, a nawet upokorzeń przeszła na trudne warunki bytowe do wsi Jasienica, gdzie była szkoła z polskim językiem nauczania. I tak przetrwaliśmy do roku 1941, tj. do wybuchu wojny niemiecko - radzieckiej.

    Listy od ojca przestały przychodzić w marcu 1940 r. Ostatni telegram z 13 marca zawierał słowa: „Żywu, zdrów, piszf", ale wysłany przez matkę list powrócił z adnotacją: „Wozwraszczajetsia za wyjezdam adresata" (zwraca się z powodu wyjazdu adresata) i ślad zaginął.

    Dzięki matce, która wierzyła, że ojciec żyje nosiła na sercu przez całą wojnę jego listy, zachowałam o nim pamięć i wspaniałe wspomnienia. Nasza sytuacja materialna była tragiczna. Byliśmy w tzw. „strefie wschodniej", gdzie nie było szkół, a Niemcy traktowali ludność rdzennie polską, jak kraj podbity z językiem urzędowym niemieckimi białoruskim, chociaż to była rdzenna Polska, 93 km od Warszawy. Sytuacja materialna nadal była tragiczna. Matka brała każde zajęcie, roboty na drutach, drobne szycie, ale słabła z dnia na dzień.

    Robiła heroiczny wysiłek, aby wyrwać mnie różnym chorobom, jak pryszczyca, dyfteryt, owrzodzenia z powodu niedożywienia, to się udawało do czasu, a sama słabła coraz bardziej.

Smutne, głodne lata mojego dzieciństwa ukierunkowała tak, abym umiała wierzyć w ludzi i im pomagać. Wydoroślałam. Niestety jej stan zdrowia pogorszył się. Przeżycia, napięcie nerwowe, strach, nadwerężyły zdrowie mamy. Jako 13 letnia dziewczynka, jedynaczka z tzw. „dobrego domu" musiałam szukać wyjścia i podjąć decyzję dorosłego człowieka.

Dzięki dobrym ludziom, którzy mi pomagali poszłam bawić dziecko i kilka miesięcy pracować w miejscowości Chmielowo, aby zdobyć ziemniaki na zimę i trochę żywności. Matka mogła w tym czasie podreperować swoje zdrowie, a moja dawna niania Jadzia otaczała ja opieką.

    W niedługim czasie odkryto „groby katyńskie" i zapłonęła iskierka nadziei. W gazetach ukazało się wiele nazwisk „Ostrowski", a to bez dokumentów, a to z inny imieniem lub stopniem. Moja wspaniała matka, czytając gazety podnosiła mnie na duchu mówiąc: „to nie ojciec, nie ma przy nim figurki Św. Antoniego. Dałam mu ją, jak szedł na wojnę i obiecał, że będzie ją miał zawsze przy sobie".

    Czując się trochę lepiej podjęła trud organizowania tajnego nauczania w Zarębach Kościelnych i wciągnęła mnie w to, kształtując zainteresowanie pracą pedagogiczną i opieką nad dzieckiem. Ponadto organizowała młodzież z różnych okazji świąt państwowych, jak 11 listopad, 3 maj, itp. rozprowadziła książkę, robiła spotkania, a nasz dom był pełen ludzi potrzebujących dobrego słowa. Jej dawni uczniowie odwiedzali nas bardzo często. A kiedy w sierpniu 1944 r. Niemcy wycofali się zorganizowała wraz z kolegami szkołę w Zarębach Kościelnych. Czasy były trudne, zachęcała rodziców do urządzania sal ( w szkole stacjonowało wojsko i nic nie było). Nie płacono nauczycielom pensji, a jedyną rekompensatą miały być paczki „UNRA", które najczęściej rabowano. Ale ludzie nie dali nam zginąć, mnie bardzo często zapraszano na zupę, dzielili się tym co mieli.

    Wierna ojcu, ani na chwilę nie wątpiła, że gdzieś żyje. Zrezygnowała ze swojego życia osobistego, kariery zawodowej i poświęciła się dla mnie. Zawsze była przy mnie i moich dzieciach.

Ja natomiast, przy pomocy rodziny, pracując w sklepie ukończyłam małą maturę w Lublinie i wyszłam za mąż (niefortunnie). Matka dla mnie porzuciła dobra pracę, kierownictwo Szkoły Rolniczej w Sernikach, pow. Lubartów i przeniosła się do Radomia do Technikum Przemysłu Skórzanego, gdzie dała się poznać jako wspaniały nauczyciel i człowiek. Pomagała mi w wychowywaniu moich dzieci, Jasia i Małgosi. Mówiła do mnie: „ucz się, to Twój posag, tak chciałby ojciec".

    Dzięki Ci mamo! Dałaś mi możliwość zrobienia matury oraz ukończenia Uniwersytetu Warszawskiego na kierunku Historii. Wykształciłaś we mnie pragnienie wiedzy, służenia młodzieży i ludziom, wyrobiłaś pasje społecznika. Nie miałaś wypoczynku, a jedyną radością były dla Ciebie wyniki. Jaś i Małgosia będą pamiętały swoją babcię , która mimo słabego zdrowia, była dla nich radością, podporą i przyjacielem. Dziękuje Ci moja wspaniała mamo!!

Latami czekała na powrót męża, lub jakąkolwiek wiadomość. Nie żyła już, kiedy byłam w Charkowie, bo tam spoczywa ojciec.

„Dzwon charkowski wzruszająco dzwoni

O Boże, usłysz serc naszych wołanie

Wieczny odpoczynek racz im dać Panie"

    Delikatnie sugerowała i widziała wnuczka w mundurze, bo kult munduru zachowała od młodości. To się spełniło częściowo jeszcze za jej życia, wnuk rozpoczął studia w WAT w Warszawie, jest płk dr elektroniki.

W końcowej fazie swojego życia zawodowego pomagała biednej młodzieży z rodzinnych stron ojca i swojego miejsca pracy. Wielu osobom załatwiła szkołę i internat. Przez nasze mieszkanie przewinęło się wiele dziewcząt i chłopców. Potem prosiła o to mnie, co realizowałam. A kiedy zmarła w 1970 r. kazała pochować się w miejscu jej młodości i pracy w Zarębach Kościelnych. Decyzja ta była w tym czasie dla mnie niezrozumiała, a nawet dziwna*. Zrozumiałam ją dopiero na pierwsze święta „Wszystkich Świętych", kiedy do grobu przychodziło mnóstwo ludzi z dziećmi, a najczęściej z wnukami i mówili: „tu leży moja nauczycielka — wspaniały człowiek, wiele jej zawdzięczam".

[góra]

Źródło: Iwona Strygner- córka L. Ostrowskiej

Rozdział o mojej matce, pochodzi z książki

" Pisane Miłością Losy Wdów Katyńskich" t. III. ANDRZEJ SPANILY

Wspomnienia o "matkach katyńskich'"- to jest o żonach oficerów i policjantów, którzy po agresji Armii czerwonej na Polskę 17 września 1939 roku zostali zagarnięci do sowieckich więzień i obozów specjalnych - zostały napisane przez ich córki i synów. Właśnie dlatego książka nosi tytuł "Pisane miłością".