Zaręby Kościelne w okresie I Wojny Światowej

Opracował Andrzej Raźniak na podstawie książki Tadeusza Jabłońskiego- „Młodość mego pokolenia”.

         Dnia 29 czerwca 1914 roku, na Piotra i Pawła, przypadał odpust kościelny w Czyżewie. Podobnie jak rokrocznie, pojechaliśmy tam razem z matką, zaproszeni przez wujostwo. Pamiętam, że przed wieczorem, gdy czas już było wracać do domu, zaczęto przy herbatce prawić pożegnalną rozmowę, w czasie której wuj opowiedział, że otrzymał właśnie wiadomość o zamachu dokonanym przez Serbów na arcyksięcia austriackiego. A więc echo śmiertelnych strzałów studenta Gawriło Principa, oddanych poprzedniego dnia w Sarajewie do arcyksięcia Franciszka Ferdynadnda i jego żony, z tak błyskawiczną szybkością przedostało się z górzystej Bośni aż na zielone brzegi ziemi nadbużańskiej. (...)

W niedzielę, przypadającą na pierwsze dni sierpnia 1914 roku, odbywały się na łąkach zarębskich pod Nienałtami ćwiczenia okolicznej straży pożarnej, którymi kierował organizator i prezes tej straży pożarnej, obrońca sądowy Fiutkowski. Ja i moi rówieśnicy kręciliśmy się koło sikawek, podtrzymywaliśmy czasem długie i ciężkie węże, przez które przepływała woda pompowana z Broczyska.

Pod koniec ćwiczeń, gdy strażacy zwijali już sprzęt i zaprzęgali konie do odjazdu, prezes Fiutkowski pozostał jeszcze w otoczeniu kilku znaczniejszych gospodarzy i zamożnych kupców żydowskich. Mówili oni o wypowiedzeniu wojny Serbii i bombardowaniu Belgradu przez Austrię, o zarządzeniu powszechnej mobilizacji na terenie całego cesarstwa rosyjskiego, o spodziewanym lada dzień wypowiedzeniu wojny Rosji przez Niemcy i Austrię.

I tym razem wiadomości okazały się niestety prawdziwe. Bodajże następnego już dnia mieszkańcy miasteczek i wsi biegali od wczesnego rana z domu do domu, a wszędzie rozlegał się płacz i lamenty kobiet. Sołtysi ogłosili bowiem zarządzenie mobilizacyjne, a objęte tym zarządzeniem roczniki rezerwistów i poborowych podlegały natychmiastowemu wcieleniu do wojska. Zbiórki nakazane były w urzędach gminnych, gdzie wszyscy dowiedzieli się jedynie, że odwiezieni zostaną do miasta powiatowego, natomiast nikt nie wiedział, do której miejscowości będzie skierowany i do jakiej jednostki zostanie wcielony. Bez żadnej wiadomości pozostały także rodziny, a że imperium carskie było wielkie i rozległe, więc szybko urwały się wieści o losach zabranych do wojska mężczyzn. Dopiero po kilku tygodniach nadeszły listy albo ustne wieści. Prawie wszyscy odsyłani byli do odległych guberni, i to nie tylko do większych garnizonów Rosji europejskiej, ale także na Kaukaz i za Ural.

Tego lata uciszyło się na poligonie wojskowym w lesie gąsiorowskim pod Zrębami, gdyż oddziały dywizyjne z Ostrowi- Komorowa i Zambrowa wyruszyły na front, a opustoszałe koszary zajęli rezerwiści i oddziały zapasowe.

Prawie jednocześnie z mobilizacją rozpoczęto internowanie lub wywożenie w głąb Rosji osiadłych w okolicy kolonistów niemieckich. Nie ominęło to też wsi Paproć, z której wywieziono nie tylko mężczyzn, ale i kobiety z dziećmi. Na wiadomość o tym zaczęto zjeżdżać się z sąsiednich gmin, wykupywać od wywożonych Niemców sprzęt gospodarski, inwentarz, urządzenia mieszkalne oraz przeróżne drobiazgi. Niektórzy z tych kolonistów powrócili do swojej wsi po 1917 roku lub po zakończeniu działań wojennych w latach 1919-1920.

Domorosłe grono „strategów” pilnie śledziło przebieg wydarzeń, a szczególnie możliwości ofensywnego działania wojsk rosyjskich. Ostatecznie wszelkie rozważania sprowadzały się przeważnie do pytania, czy pożoga wojenna obejmie także najbliższe okolice Mazowsza. Na ogół wszyscy byli dobrej myśli, ponieważ udzielił im się nie tylko urzędowy optymizm przez wojsko głoszony, że „germańca szapkami zakidajem”, ale i przeświadczenie o trudnej do pokonania rosyjskiej linii wzdłuż granicy Prus Wschodnich. (…)

Wszyscy byli przekonani, że Rosja jest doskonale przygotowana do wojny z Niemcami. Opowiadano sobie, że już od wielu lat Rosja carska brała pod uwagę ewentualność starcia zbrojnego z cesarstwem niemieckim, które po pokonaniu Francji w 1871 roku zaczęło coraz bardziej zwracać uwagę na wschód. Nic dziwnego, że od lat siedemdziesiątych graniczące z Prusami ziemie polski zaboru rosyjskiego, jako wysunięte na zachód, były starannie umocnione. Warszawa stawała się twierdzą wojskową w środkowym  biegu Wisły. Uzupełnieniem linii obronnej na Wiśle miała być twierdza w Dęblinie, Iwangrodem zwanym, oraz w Modlinie, czyli Nowogieorgiewsku. Twierdza ta razem z fortami w Zgierzu miała bronić od południowo-zachodniej granicy Prus Wschodnich. Forty w Różanie były przygotowane na uderzenie nieprzyjacielskie od strony Olsztyna i Szczytna. Najnowocześniejsza twierdza w Osiowcu, w pobliżu granicy wschodniopruskiej dogodnie usytuowana, zagradzała drogę uderzeniu niemieckiemu na Łomżę i Białystok, a razem z twierdzą w Brześciu na Bugiem zapewniała swobodne poruszanie się wojsk rosyjskich działających nad środkową Wisłą i na zachód od Bugu. Uzupełnieniem umocnień fortyfikacyjnych były także lasy- Puszcza Zielona, Puszcza Biała, lasy łomżyńskie i grajewskie, a także Puszcza Augustowska. Po stronie niemieckiej były natomiast naturalne przeszkody obronne- rozległe jeziora, podmokłe tereny i lasy, które miały okazać się zgubne dla kawalerii rosyjskiej.

Tego jednak nie spodziewali się „stratedzy domowi”, spodziewali się szybkiego marszu wojsk carskich na Poznań, Berlin i Kraków. Optymizm ten wywołany był nastrojami antyniemieckimi, które ogarnęły cały zabór rosyjski z chwilą, gdy Rosja w trójporozumieniu z Francją i Anglią wystąpiła przeciwko Niemcom i monarchii austro-węgierskiej. Do spotęgowania tych nastrojów przyczyniło się zbombardowanie przez artylerię niemiecką przygranicznego Kalisza już w pierwszych dniach wojny. W domu i w całej okolicy z oburzeniem przyjęto to barbarzyństwo niemieckie, które spowodowało śmierć niewinnych ludzi.

Niemcy cesarskie uznane zostały za największego wroga narodu polskiego. Po raz pierwszy usłyszano wówczas o martyrologii dzieci z Wrześni i nazwisko Michała Drzymały, który z prawdziwym chłopskim uporem walczył z władzą germańską o prawo zamieszkania we własnym domu, na własnym zagonie pobudowanym. Pierwszy raz można było usłyszeć, wcześniej zakazane przez władze carskie pieśni, śpiewane z dużym przejęciem- pieśń „Boże coś Polskę” oraz specjalnie głośno zaakcentowane słowa „Roty”, że „nie będzie Niemiec pluł nam w twarz i dzieci nam germanił”.

W tej atmosferze przychylnie na całym Mazowszu nadbużańskim został przyjęty słynny manifest wielkiego księcia Mikołaja Mikołajowicza do narodu polskiego, zapowiadający zjednoczenie wszystkich ziem polskich z cesarstwem rosyjskim na zasadach autonomii. Niebawem rozeszły się wieści o powstającym w Puławach legionie polskim, w którym miała obowiązywać komenda w języku ojczystym oraz nierosyjskie umundurowanie. Nie słychać było w naszych okolicach o wojsku polskim walczącym u boku armii austriackiej i nazwisko Józefa Piłsudskiego. Pamiętam natomiast żołnierza polskiego z legionu puławskiego, który będąc na urlopie przechadzał się po Zarębach Kościelnych. Umundurowanie jego różniło się od rosyjskiego tylko czapką maciejówką, z pasem nad daszkiem i naramiennikami koloru amarantowego, naszytymi na płaszcz z identycznego sukna sporządzony.

Toczyły się wtedy poważne rozmowy, a nawet namiętne spory dotyczące polskich barw narodowych. Jedni twierdzili, że amarant z białym stanowią właściwe barwy polskie, drudzy natomiast uważali, że kolor czerwony i biały. Dyskusję wywołało ukazanie się po raz pierwszy w pokątnej sprzedaży białych orłów z rozpiętymi skrzydłami na tle aksamitnego materiału zarówno koloru czerwonego, jak i amarantowego. Te orzełki, umieszczone na niewielkiej tarczy z podpórką, ustawiane były na komodach, stolikach lub zawieszane na ścianach. Dodawały one otuchy i przypominały, ze sprawa polska dojrzewa do rozwiązania.

Niebawem zaczęły nadchodzić wiadomości o rozwijających się w szybkim tempie działaniach wojennych na wszystkich frontach.

Na obszarach mazowieckich miedzy Bugiem a Narwią położonych pierwsze tygodnie wojny mijały spokojnie. Niebawem jednak zaczęły się przemarsze większych ilości wojsk rosyjskich, przewożenie kawalerii, artylerii oraz dużych kolumn taborów. Nie przeszkadzało to gospodarzom zwozić świeże pokosy siana i koniczyny oraz szykować się do wykopów, nawet gdy w końcu sierpnia 1914 roku usłyszeli pierwsze huki armatnie. Wiadomości nadchodzące z tego dalekiego frontu były alarmujące. Odgłosy walk przedostawały się natychmiast przez lasy puszczańskie nad Narew i Bug, siejąc zwątpienie i niepokój.

Walki rosyjsko- niemieckie na Mazurach, jako najbliższe naszych siedzib, były dokładnie omawiane we wszystkich rodzinach, zwłaszcza że wieczory jesienne się wydłużały i nadciągała zima. Najpierw nadeszły wiadomości, że kawaleria rosyjska generała Samsonowa wpędzona została w mokradła i jeziora, a posiłki utknęły w bezdrożnych piaskach mazowieckich, w pobliży granicy. Wojska rosyjskie po kilkunastodniowej bitwie stoczonej pod Tannenbergiem zostały więc rozbite, a generał Samsonow popełnił samobójstwo. Wtedy zaczęto coraz częściej powtarzać nazwisko niemieckiego generała Hindenburga, dowodzącego całością wojsk w Prusach Wschodnich. Po rozgromieniu armii Samsonowa zwrócił się on przeciwko wojskom dowodzonym przez generała Rennenkampfa nie tylko zatrzymał i pobił te wojska, ale posunął się na przód i niebawem zajął Suwałki. Rozbicie na terenie Prus Wschodnich aż dwóch armii rosyjskich i nieudana kontrofensywa od strony twierdzy w Osowcu świadczyło o pierwszych wielkich niepowodzeniach Rosjan na froncie wschodnim.

Ludność nad Narwią i Bugiem pocieszała się, że miesiące jesienne i zimowe wykorzystane zostaną na reorganizację armii rosyjskiej i nastąpi pomyślny atak wojsk rosyjskich. Jednak już na początku 1915 roku Niemcy pierwsi zaatakowali oddziały rosyjskie działające w Prusach wschodnich. Pod naporem tej ofensywy wojska rosyjskie wycofały się na Kowno i Grodno, utrzymując jednak w swych rękach twierdzę w Osowcu.

Z wyraźnym jednak niepokojem przyjmowano odgłosy przesuwającej się burzy wojennej od strony Łomży, gdyż wojska niemieckie wkroczyły na teren guberni łomżyńskiej od strony północy. Wysokie Mazowieckie, Zambrów i Ostrów Mazowiecka znalazły się nagle w strefie przyfrontowej. Niebawem potwierdziły się także wiadomości o ciężkich walkach grudniowych prowadzonych ze zmiennym szczęściem na przedpolach Łodzi i o ostatecznym zajęciu tego miasta. Pozwoliło to armii niemieckiej wysunąć się naprzód w dalszym marszu na Warszawę.

Spodziewano się powszechnie, że wiosna 1915 roku zapoczątkuje nowe działania niemiecko-austriackie na froncie wschodnim. Oczekiwano, że ziemie polskie zaboru rosyjskiego zostaną z wielu stron zaatakowane przez państwa centralne. Z niepokojem obserwowano, że coraz więcej wojsk rosyjskich nadciąga nad Bug i Narew. W okresie świąt wielkanocnych w kwietniu 1915 roku prawie wszystkie wolne pomieszczenia w domach i zabudowaniach gospodarskich zajęli żołnierze rosyjscy. Większość z nich pochodziła aż z okolic podkaukaskich. Wśród kawalerzystów byli również żołnierze, którzy przyznawali się do narodowości polskiej, ale mówili po polsku inaczej, nie tak jak u nas na Mazowszu. Na przypadające kilka dni później wielkanocne święta prawosławne żołnierze otrzymali od swych rodzin lub komitetów opiekujących się ich oddziałami różne podarunki. Były wśród nich spore ilości białego pieczywa, słodycze, tytoń, papierosy, materiał na onuce, scyzoryki, a nawet brzytwy i inne przedmioty przydatne w polu. Niebawem żołnierze carscy opuścili Zaręby Kościelne i udali się dalej.

Kilka tygodni wcześniej przyjechał na krótki urlop po pobycie w szpitalu i wyleczeniu się z ran miejscowy nauczyciel Heine, zmobilizowany już w pierwszych dniach wojny. Opowiadał o swoich przeżyciach frontowych w Galicji i trudnych walkach w Karpatach. Miał ślady ran na przestrzelonej lewej ręce i na trwale przykurczony palec. W takim stanie nie nadawał się właściwie do służby frontowej i przyjaciele namawiali go, aby korzystając z tego przyjazdu, nie wracał już do pułku, lecz ukrył się w naszych stronach. Wyjechał jednak i podobno odezwał się w krótkim czasie znów z Karpat, gdzie toczyły się nieco później krwawe walki pod Gorlicami. Niebawem przestały od niego nadchodzić wiadomości. Można przypuszczać, ze zginął.

Front na południu został wkrótce przerwany przez wojska austriacko- niemieckie, zadając głośną w tej wojnie klęskę armii rosyjskiej. Wojska rosyjskie opuściły Lwów i Przemyśl. Wskutek tego nagłego wycofania się na południu, odcinek frontu rosyjskiego nad Bugiem i Narwią nabrał jeszcze większego znaczenia. Niedaleko naszych stron wzmagały się ataki niemieckie i kontrataki rosyjskie. Rozumiano, że w rozgrywających się w tym rejonie działaniach wojennych chodzi przecież o samą Warszawę.

Wszyscy rozumieli, że niebawem Warszawa zostanie zaatakowana, a wojska rosyjskie będą zmuszone do wycofania się z naszych terenów. Na razie dowództwo niemieckie rozpoczęło ataki lotnicze na rosyjskie trasy komunikacyjne położone miedzy Wisłą a Bugiem. Celem tych ataków była przede wszystkim warszawsko-petersburska magistrala kolejowa. W zasięgu ataków znalazła się węzłowa stacja Małkinia. Łączyła ona bowiem tę ważną drogę żelazną z odgałęzieniami na Ostrołękę i Łomżę, a ponadto na Siedlce i Łuków i dalej na wschód do Brześcia z jego twierdzą.

Do obszaru obejmującego tak ważne połączenia komunikacyjne imperium carskiego starało się przedostać lotnictwo niemieckie, które miało duża przewagę nad lotnictwem rosyjskim. Mieszkańcy Małkini i miejscowości znajdujących się w pobliżu torów kolejowych coraz częściej byli narażeni na bombardowania niemieckie. Ta nowa technika wojenna przerażała głównie ludność cywilną, która zaczęła opuszczać swoje siedziby w węzłach komunikacyjnych położone i chronić się w pobliskich zalesionych wioskach. Najwięcej leku wywoływał powietrzny sterowiec niemiecki „zeppelinem” zwany.

Pewnej nocy lipcowej zdołał się on przedostać dalej na wschód, bo aż nad Małkinię, i zaatakował zgromadzone na stacji transporty wojskowe. Zrzucając bomby trafił w piętrowy budynek mieszkalny z cegły zbudowany i szybko, bo jeszcze przed świtem, zawrócił z powrotem. Bomba z „zeppelina” rozbiła doszczętnie prawie połowę tego domu od poddasza aż do piwnic. Pod gruzami zginęła rodzina strażnika Wojsława, Polaka z pochodzenia, który tej nocy pełnił dyżur na stacji i tylko dlatego się uratował.

Sterowce i samoloty niemieckie jeszcze kilkakrotnie bombardowały stację w Małkini, którą próbowała chronić artyleria rosyjska ukryta między drzewami. W obawie przed następnymi nalotami nocnymi „olbrzyma powietrznego” ludzie wywozili swoje rodziny do lasu. Panika zaczęła ogarniać także mieszkańców innych większych osad i wiosek nad Bugiem. W Zarębach Kościelnych niektóre rodziny chroniły się na noc u gospodarzy mieszkających pod lasem.

W pierwszych dniach sierpnia 1915 roku w Zarębach Kościelnych ponownie zatrzymało się wycofujące się wojsko rosyjskie. Nie zatrzymali się jednak zbyt długo. Pewnego dnia żołnierze szykowali się pospiesznie do wymarszu. Wyciągano zaprzęgi konne, szykowano do odjazdu ustawioną za rzeką piekarnię polową. Przy budynku, gdzie mieścił się urząd pocztowo-telegraficzny, także panował ruch niecodzienny. Żołnierze wynosili jakieś jednakowe skrzynki drewniane i przywiezione wcześniej paczki pocztowe, niszczyli dokumenty, demontowali urządzenia telegraficzne. W późnych godzinach uciszyło się w ogrodach i wokół zabudowań, a mieszkańcy na razie zostali sami.

Po paru dniach pojawiły się liczne patrole kawaleryjskie, które próbowały zmusić ludność do opuszczenia domostw i kierowania się na wschód wraz z wycofującą się armią rosyjską. Pewnego dnia pod wieczór zobaczyliśmy dookoła łuny pożarów. Dziadek, pomny opowiadań o losach mieszkańców Różana oraz okolic Łomży, przygotowany był także na możliwość podpalenia naszych zabudowań czy też przeniesienia się ognia z gorejących w pobliżu zagród. Aby odżegnać zbliżające się niebezpieczeństwo, dziadkowie obchodzili co pewien czas swoją posesję, dziadek kropił każdy róg święconą wodą, a babcia nosiła obraz święty i nuciła jakieś modlitwy. Czynili to zresztą wszyscy sąsiedzi, przy czym niektórzy, bardziej praktyczni, zbierali pieniądze na przekupienie podpalaczy. Prawdopodobnie to właśnie poskutkowało, bo zabudowania dziadków nie spłonęły z domami okolicznych sąsiadów. Natomiast spłonął cały, aczkolwiek murowany, rynek, przez ludność żydowską przeważnie zamieszkały, oraz najuboższa część osady „morgami” zwana.

Na straży domostw pozostali głównie mężczyźni, a kobiety ratowały dzieci, dobytek, pościel i przyodzianie. Jedni zabierali drugich na wozy i umykali do pobliskiego lasu, który rozciągał się w odległości dwóch, trzech kilometrów.

Pod koniec sierpnia 1915roku Zaręby Kościelne zostały zajęte przez wojska niemieckie.